PIH

PIH: Ks. Czesława Wędziocha SAC świadectwo o życiu i pracy sługi Bożego ks. Jana Szambelańczyka SAC

W 1977 r. kleryk Cezary Iwanowski SAC, pisząc pracę seminaryjną, zwrócił się z prośbą do ks. Czesława Wędziocha SAC o udzielenie mu informacji na temat życia i pracy ks. Jana Szambelańczyka SAC (1907 – 1941), doktora teologii, profesora filozofii i teologii dogmatycznej w Ołtarzewie, więźnia i męczennika niemieckiego obozu w Auschwitz. Ks. Cz. Wędzioch (1906 – 1982), od lat działający w środowisku polonijnym we Francji, był kolegą kursowym ks. Jana Szambelańczyka i przeżył z nim wspólnie wiele lat. Alumn C. Iwanowski, w liście z 9 listopada 1977 r., skierowanym do ks. Wędziocha, przygotował mu 5 pytań; niektóre z nich zawierały jeszcze pytania rozszerzające zakres problematyki.

Pytania te dotyczyły następujących kwestii: 1. Pobytu i nauki Jana Szambelańczyka w Collegium Marianum; 2. Przeżywania czasu nowicjatu; 3. Studiów na Gregorianum, zainteresowań, przygotowań do ślubów czasowych i wiecznej profesji, letnich wakacji, święceń kapłańskich i Mszy św. prymicyjnej w rodzinnej miejscowości; 4. Misyjnej pracy we Francji wśród Polaków; 5. Osobowości ks. Jana Szambelańczyka (Czy był człowiekiem modlitwy?; Czy był człowiekiem z charakterem?; Jak spełniał powierzone mu zadania i obowiązki?).

*************

Paryż, 24 listopada 1977

List ks. Czesława Wędziocha SAC do kl. Cezarego Iwanowskiego SAC

Oryginał: Archiwum Regii Miłosierdzia Bożego w Paryżu, Teczka osobowa: X. Wędzioch Czesław. Życiorys kolegi kursowego X. Szambelańczyka.

List spisany na maszynie i liczy dwie kartki.

Czcigodny i Drogi Alumnie Cezary,

Bardzo chętnie odpisuję na list z dn. 9 bm. w sprawie życia i pracy śp. ks. Jana Szambelańczyka SAC. Znałem go bardzo dobrze. Przez dwa lata byłem jego spowiednikiem na Kopcu. Od pierwszego dnia wstąpienia do Collegium Marianum na Kopcu, aż do święceń kapłańskich i trzy lata po święceniach, żyliśmy zawsze razem jak dwaj bracia. Toteż śmierć jego w obozie w Oświęcimiu w r. 1941, o której dowiedziałem się bardzo późno, odczułem i przeżyłem bardzo boleśnie, tak jakby mi umarł bliski mój brat. Postaram się ogólnie odpowiedzieć na podane mi pytania.

1). Lata pobytu i nauka w Collegium Marianum. Wstąpiliśmy razem w tym samym roku (1919), zaraz po pierwszej wielkiej wojnie światowej do Collegium Marianum. Było nas niewielu, między innymi (ks.) Jan Maćkowski, Józef Bogdan, Józef Zawidzki. Razem z Szambelańczykiem należeliśmy do najmłodszych i najmniejszych oraz fizycznie najsłabszych. Ks. Cegiełka, Józef Wróbel i Ignacy Olszewski przyłączyli się do naszej klasy rok i dwa lata później. Rektorem na Kopcu był wówczas ks. Alojzy Majewski. Pomagali mu w rozległej pracy księża: Zaraza, Ignacy Baszanowski i ks. prof. Bogdanski. Prawą ręką ks. Majewskiego był brat Doktor Lipkowski. Warunki mieszkaniowe i materialne na Kopcu (zaraz po wojnie) były ciężkie. Po kilku miesiącach musieliśmy opuścić Kopiec, z powodu braku chleba. Raz tylko na tydzień, w niedzielę, otrzymywaliśmy kawałek chleba, a w tygodniu ziemniaki zastępowały chleb. Szambelańczyk, chociaż był wątłego zdrowia jak wspomniałem, nie zrażał się tymi warunkami życia. Polepszyły się te warunki w nowo otwartym przez ks. Zarazę domu w Nakle nad Notecią, gdzie uczęszczaliśmy do państwowego gimnazjum mieszanego. Na Kopcu i w Chełmnie należał Szambelańczyk do lepszych uczniów, z powodu większych zdolności i bardzo wielkiej pilności. Niekiedy nocami, w łóżku przy świecy, na wspólnej sypialni czytał i uczył się. Raz o mało nie przypłaciłby życiem lub kalectwem tę nocną naukę, ponieważ koc, który miał zasłaniać światło świecy, zapalił się. Na szczęście zdołaliśmy wśród wielkiego zgiełku zgasić pożar, przy pomocy kleryków, którzy przybiegli z sąsiedniej sypialni. Z gimnazjum z Chełmna wróciliśmy po dwóch prawie latach do Collegium Marianum na Kopiec, gdzie po ukończeniu gimnazjum rozpoczęliśmy

2). Nowicjat (7 X 1924 r.).  Było nas 7. nowicjuszy kleryków i trzech braci, którzy dotąd jeszcze żyją. Rolę magistra pełnił ks. Wojciech Turowski przy pomocy socjusza ks. Stanisława Słaboszewskiego. Drugi rok nowicjatu odbyliśmy pod kierownictwem ks. Słaboszewskiego w Sucharach. Pierwszą profesję złożyliśmy w Sucharach 7 października 1926 r. na ręce ks. superiora Turowskiego, który przygotował nas duchowo naukami rekolekcyjnymi. Żywo przypominam sobie z jakim duchowym przejęciem przeżywał najmłodszy mój kolega Szambelańczyk obłóczyny i pierwszą profesję. W Sucharach, w drugim roku nowicjatu, gdzie równocześnie odbywaliśmy studia filozofii, poznałem Szambelańczyka jeszcze lepiej. Mieszkałem z nim w jednym pokoju. Podziwiałem jego pilność, sumienność, pracowitość, punktualność i dokładność we wszystkim. Nigdy się nie zrażał, nie obrażał i nie gniewał na nikogo. Sam znosił wszystko bardzo cierpliwie. Nigdy między nami nie było zadrażnień. Sam doznał, jak sobie dobrze przypominam, niejednej przykrości i poniżenia ze strony starszych kolegów, dlatego na pewno, że był lepszym uczniem i że miał lepsze wyniki w nauce i w egzaminach. Przebolał to spokojnie i w samotności przepłakał, ale nigdy nie poszedł do przełożonych pożalić się na swych kolegów. Byłem bardzo zbudowany jego cierpliwością i przebaczeniem innym.

[k. 2] 3). Studia teologiczne odbywałem z Szambelańczykiem razem na Gregorianum w Rzymie. Przez cały czas pobytu w Rzymie miałem pokój obok jego pokoju. Bardzo często w drodze na Gregorianum i na Pettinari oraz na przechadzkach, rozmawialiśmy na temat wykładów i tez z dogmatyki. Egzamin składał cum laude. W Wielkim Poście, który odczuwaliśmy dotkliwie, nie prosił o dyspensę, mimo słabego zdrowia. Wszystkie niższe i wyższe święcenia otrzymywaliśmy razem (z Józefem Bogdanem) w Rzymie, po większej części w Bazylice Lateraneńskiej (subdiakonat 1.12.1929; diakonat 21.12.1929; prezbiterat 20.7.1930 r.).

Najwięcej oczywiście przeżyliśmy razem dzień święceń kapłańskich i dzień prymicji w rodzinnej miejscowości w Polsce. Nie byłem na prymicjach, tak bliskiego mi konfratra, ale wyobrażam sobie jego przejęcie i szczęście. Nieraz wspólnie rozważaliśmy sobie słowa: „Tu es sacerdos in aeternum” oraz „Introibo ad altare Dei”. Każda Msza św. po prymicjach była dla ks. Szambelańczyka jakby pierwszą Mszą św. Takie odnosiłem wrażenie. Co do rocznych wakacji, spędzaliśmy je w Polsce wśród rodziny i w naszych domach. Podczas ostatnich wakacji przed święceniami złożyliśmy (zawsze ta sama trójka) na ręce ks. rektora Zarazy w Sucharach 10 X 1929 wieczną profesję. Mówiąc o wakacjach, pragnę wspomnieć, że często wysyłano nas z kalendarzami, a zdarzyło się, że także na kolporterkę ziemniaków i zboża. Nie pamiętam, czy ks. Szambelańczyk pojechał kiedy zbierać ziemniaki lub zboże, ale na pewno wyjeżdżał z kalendarzami. Pamiętam, z jak wielkim zaparciem siebie i ofiarą to czynił. Bardzo go te wyjazdy krępowały, z powodu pewnej wrodzonej wstydliwości i nieśmiałości wobec obcych. Pierwsze dwa lata pracy kapłańskiej spędziłem razem z ks. Szambelańczykiem na Kopcu, gdzie był profesorem filozofii. Nasza współpraca w tym czasie była jak najlepsza. Po dwóch latach wspólnego pobytu na Kopcu, rozstaliśmy się na zawsze. Ks. Szambelańczyk został powołany na profesora do Wyższego Seminarium Duchownego w Ołtarzewie, a ja do Chełmna, skąd po czterech latach Zarząd Prowincjalny wydelegował mnie do Francji.

4). We Francji spotkałem się z ks. Szambelańczykiem podczas jego wakacyjnej pracy duszpasterskiej w północnej Francji w Bruay en Artois, gdzie miał wujka, brata swego ojca. Potem nie miałem już żadnego kontaktu z ks. Szambelańczykiem.

5). Co mogę powiedzieć o osobowości ks. Jana Szambelańczyka? Był człowiekiem wielkiej i wzorowej sumienności. Na każdy wykład na Gregorianum i w Seminarium w Ołtarzewie i przedtem na Kopcu przygotowywał się długo i bardzo pilnie, i dokładnie. Był człowiekiem pracy, albo studiował albo czytał, albo pisał. Nigdy nie tracił czasu. Przy tej wytężonej pracy był człowiekiem modlitwy. Nie opuszczał i nie spóźniał się na wspólne modlitwy. Brewiarz, jak mi wiadomo odmawiał uważnie i sumiennie. Mszę św., jak mi się zdawało, z niemałą skrupulatnością, ale w dobrym zrozumieniu tego słowa. O jego modlitwie prywatnej i kontemplacyjnej nie będę mówił, może ktoś lepsze wyda świadectwo. Jeżeli chodzi o jego charakter, to był człowiekiem spokojnym, zrównoważonym, niezmiennym, zdecydowanym, wytrwałym i mocnym w swych postanowieniach. Nie lękał się ofiary i poświęcenia. W obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, gdzie zakończył swe życie, mimo że sam był słabowitego zdrowia, innych podtrzymywał na duchu, jak śp. ks. Kiliana. Takie wiadomości doszły do mnie. Ks. Szambelańczyk, mimo swych uzdolnień, nie wynosił się nad innych. Z jaką sumiennością spełniał swoje zadania i prace w Seminarium, gdzie spędził swoje życie kapłańskie, aż do uwięzienia, mogą wydać świadectwo na pewno najlepsze, wszyscy jego alumni. Ja osobiście, który tak długo od samego początku w Collegium Marianum i w Stowarzyszeniu żyłem, mieszkałem, pracowałem i modliłem się z nim razem, mogę oświadczyć, że budowałem się jego życiem, jego ogromną pracowitością, sumiennością, równowagą ducha, jego życiem religijnym i braterskim w Stowarzyszeniu. Niech w wieczności pamięta o swym Seminarium, które tak bardzo ukochał, niech też pamięta o nas wszystkich w Stowarzyszeniu!

In Christo –Ks. Czesław Wędzioch

Oprac. i przygotował do druku ks. Stanisław Tylus SAC


Warto dołączyć

Warto wiedzieć

Warto posłuchać

Warto wspomóc

Jak do nas trafić