Duchowość SAC

RZYMSKIE INSPIRACJE: Weronika Giuliani – ogień, który urzekł Pallottiego

Liturgia Kościoła w Italii wspomina 9 lipca św. Weronikę Giuliani. Nie jest to wspomnienie obowiązkowe, ale i my (Pallotyni w Rzymie) wspomnieliśmy Ją u ołtarza św. Wincentego, a to dlatego, iż Weronika kanonizowana była za dni Pallottiego, dokładnie 26 maja 1839 r. Ksiądz Wincenty ułożył nawet specjalną Nowennę przygotowującą do jej święta. Więcej, nazajutrz po kanonizacji zorganizował pielgrzymkę dla Wspólnoty z Pia Casa do bazyliki watykańskiej, aby uczcić nowych świętych. Piszę w liczbie mnogiej, bo 26 maja 1839 r. papież Grzegorz XVI kanonizował aż pięciu nowych świętych, w tym Alfonsa Marię de Liguori i Weronikę Giuliani. W procesyjnej pielgrzymce do św. Piotra udział wzięły dziewczynki z Pia Casa, ich wychowawczynie oraz rodzina Jakuba Salvatti. W Watykanie modlili sie u grobu Apostoła Piotra, następnie zwiedzili ogrody watykańskie, a przed wejściem do Biblioteki Watykańskiej pozdrowili papieża Grzegorza XVI. Wydarzenie to opisuje sam Pallotti (OOCC VI, 427/428) precyzując, iż Grzegorz XVI przyjął ich „z niezwykłą dobrocią”.

Ale kim była Weronika Giuliani? 

Na chrzcie otrzymała imię Urszula. Urodziła się 27 grudnia 1660 r. w Mercatello (Perugia-Umbria) w zamożnej rodzinie Mancini. Jako dziecko, mimo szczególnej pobożności, była uparta. Nie znosiła sprzeciwu, a rówieśnikom starała się narzucić swoją wolę, ponoć... biciem! Była niesforna i bardzo żywa. Lubiano ją jednak, umiała bowiem zjednywać sympatię ludzi, nawet tych, którzy nadali jej przydomek „ogień”.

Ojciec nie zabraniał jej praktyk religijnych, jednak o zakonie nie chciał słyszeć. Musiała więc, jak na pannę z dobrego domu przystało, odpowiednio przygotować się do zamążpójścia. Uczyła się przyjmowania gości, zabawiania ich w salonie, a także tańca, muzyki i kierowania służbą w gospodarstwie. Chodziła na bale. Zaaranżowano też kilkanaście spotkań z kawalerami zauroczonymi inteligencją i urodą Urszuli. Ona jednak nie chciała słyszeć o małżeństwie i powtarzała, że jej serce należy już tylko do Jezusa. Ojciec, zdenerwowany uporem córki, która od dziecka lubiła postawić na swoim, oddał ją pod opiekę wuja, by nie oglądać jej we własnym domu. Zmienił zdanie dopiero wówczas, gdy doniesiono mu o złym stanie jej zdrowia — Urszula, nie mogąc spełnić swego największego pragnienia, marniała z dnia na dzień. 

Opór ojca został złamany, jednak pojawiły się nowe trudności: przełożona zakonu nie chciała przyjąć siedemnastoletniej Urszuli, obawiając się, że panienka ze szlachetnego rodu nie zniesie trudów klasztornego życia. Wtedy znana z uporu panna „ogień” zwróciła się z prośbą o interwencję w tej sprawie do miejscowego biskupa i wymusiła na nim wydanie pozwolenia na rozpoczęcie postulatu właśnie w tym klasztorze, który ją odrzucił. Dopięła swego. Jednak kiedy przekroczyła próg klasztoru, ku wielkiemu zdziwieniu, modlitwy wydały jej się nudne, regulamin — skrępowaniem wolności i inicjatywy, ubóstwo — utrapieniem. Zatęskniła za światem, balami i umizgami kawalerów starających się o jej rękę. 

Zwykle dobrze wiedziała, czego chce. Teraz pojawiła się niepewność... Po przemyśleniach doszła do wniosku, że to pokusa, która miała odwieść ją od życia zakonnego. W końcu Urszula przywdziała habit i została siostrą Weroniką. Podczas obłóczyn Jezus potwierdził słuszność wytrwania w powziętym w dzieciństwie postanowieniu oddania się Mu na służbę. Usłyszała Jego głos: „Nie lękaj się. Ty jesteś moja. Pragnę, abyś cierpiała i zmagała się. Bądź pewna — jestem przy tobie!”.

Przepowiednia zaczęła wypełniać się zaraz w nowicjacie, kiedy jedna z zakonnic upatrzyła sobie Weronikę jako bohaterkę swojej intrygi i rzuciła na nią podejrzenie, jakoby obmawiała i krytykowała przełożoną. O mało z tego powodu nie usunięto jej z klasztoru. 

Kolejnego cierpienia przysporzył spowiednik. Nie zrozumiał jej na początku drogi. Uznał ją za dziwaczkę, chorą psychicznie, symulantkę, a potem posądził wręcz o konszachty z diabłem i napisał donos do Świętego Oficjum. Sam zaś surowo zakazał jej przyjmować Komunię Świętą i nałożył na nią ciężkie pokuty. Wydał też polecenie spisywania przeżyć duchowych w dzienniku (to akurat mu się udało!). Watykan zainteresował się doniesieniem o kolejnej stygmatyczce przeżywającej stany mistyczne, widzenia i poddającej się dobrowolnie wymyślnym i przesadnym, nawet jak na tamte czasy, praktykom pokutnym. Nie dawano wiary autentyczności jej objawień i stygmatów. Dodatkowo niedobrą atmosferę wokół Weroniki podtrzymywały tłumy napływające do klasztoru po tym, jak lotem błyskawicy rozeszła się po okolicy sensacyjna wiadomość o zakonnicy ze stygmatami. Ludzie przybywali ze zwykłej ciekawości, by zobaczyć „świętą”. Weronika cierpiała z tego powodu.

Święte Oficjum, zaniepokojone tak szybkim rozwojem wypadków, zarządziło komisyjne badanie Weroniki, chcąc ostatecznie stwierdzić, czy nie jest oszustką, która zabiega o sławę świętości. Została poddana przymusowemu leczeniu stygmatów, jednak kuracja nie przyniosła żadnych rezultatów. Postanowiono powtórzyć badanie. Tymczasem usunięto Weronikę z urzędu mistrzyni nowicjatu, pozbawiono prawa głosu i zakazano widywania się z kimkolwiek. Siostrom polecono, by traktowały ją jak oszustkę.

Trwające dwanaście lat prześladowania Weronika znosiła z niewiarygodnym spokojem i w zupełnym posłuszeństwie władzom kościelnym. Mawiała: „krzyże i męki są radosnym darem dla mnie z Bożej ręki”. Pokora i bezwzględne posłuszeństwo Weroniki przesądziły o wycofaniu oskarżeń, zaprzestaniu upokarzających badań i przywróceniu pełni praw zakonnych. Święte Oficjum uznało wiarygodność jej nadprzyrodzonych doświadczeń duchowych. Ledwie oczyszczono ją z wszelkich zarzutów, zakonnice z Città di Castello od razu wybrały ją na przełożoną, choć szczerze wymawiała się od tego obowiązku. Pod jej zarządem klasztor wspaniale się rozwijał. Przybyło powołań. Weronika doprowadziła doń bitą drogę, wyposażyła zakonną kuchnię w windę towarową, zbudowała wodociąg, a nawet spłaciła ciążące na klasztorze długi. Ksienią pozostała do końca życia. Zmarła po bardzo bolesnej, trzydziestotrzydniowej agonii. Miała sześćdziesiąt siedem lat, z których pięćdziesiąt spędziła w klasztorze. Zamykając na zawsze oczy, powiedziała: „Znalazłam Miłość, Miłość, która pozwoliła się oglądać!”. Jej ciało, podobnie jak ciało św. Wincentego Pallottiego, zachowało się w nienaruszonym stanie!

Ks. Stanisław Stawicki SAC


Warto dołączyć

Warto wiedzieć

Warto posłuchać

Warto wspomóc

Jak do nas trafić